Polski" "English
www.andrelandberg.com

Zagrożenie ze strony policji

 

  

25 sierpnia 2011 r.

 

Za tydzień śmierć?

 

Co będzie za tydzień? - Rozpoczęcie roku szkolnego.

 

Jakoś tak się dziwnie składa, że właśnie w dniu inauguracji roku szkolnego moi psychopatyczni prześladowcy przeprowadzili kilka zamachów na moje życie.

 

W ubiegłym roku skutki tego bandyckiego ataku okazały się tak poważne, że przez 4-5 dni byłem przekonany, że wkrótce umrę. Pisałem wtedy o tym na tej stronie oraz w paru innych miejscach w Internecie. Jak najbardziej serio żegnałem się wtedy z tym światem, porządkowałem moje sprawy.

 

W 2006 roku rok szkolny rozpoczynał się 4 września. Niedaleko liceum, w którym w latach 90. uczyłem,  o mało nie zostałem staranowany przez policyjny radiowóz. Nie jechał on jezdnią, lecz parkową aleją, gdzie obowiązuje zakaz ruchu. Jechał od przodu, wprost we mnie, chociaż miał wystarczająco dużo miejsca, by przejechać bezpiecznie obok mnie. Prawie się otarłem o jego karoserię. Umundurowany funkcjonariusz kierujący tym radiowozem (J 617) nie zatrzymał się, lecz uciekł.

 

Kiedy o tym zdarzeniu powiadomiłem prokuraturę, po pewnym czasie otrzymałem odpowiedź, że odmawia się wszczęcia postępowania ze względu na to, że opisywane przeze mnie zdarzenie nie miało miejsca.

 

Wczoraj policjant z KWP w Opolu, z którym rozmawiałem przez telefon, w wesołkowaty sposób sugerował, że może nie zawsze, kiedy zdaje mi się, że widzę policyjny radiowóz, on tam naprawdę jest. Ciekawe, co jemu teraz się wydaje, że widzi.

 

 

 

Poniżej bardzo krótko o tym, co się działo w innych latach w dniu rozpoczęcia roku szkolnego:

 

1 września 2004 r. - Dokładnie nie pamiętam. W Polsce jeszcze wtedy mnie nie zaczęto prześladować w otwarty sposób. Natomiast 4 tygodnie wcześniej w Londynie policja wraz z całą chmarą agentów urządzili mi prawdziwe piekło. Dobrze pamiętam, jak dwóch policjantów stało dwa metry ode mnie z wycelowanymi we mnie pistoletami maszynowymi. Nie odezwali się do mnie ani słowem. Czekali na rozkaz swojego dowództwa, ewentualnie byli gotowi nacisnąć spust w przypadku jakichś podejrzanych ruchów z mojej strony.

 

1 września 2005 r. -  Tego dnia przyjechałem do Polski z Wielkiej Brytanii. Moi lokalni prześladowcy chyba nie zdążyli się jeszcze zorientować, że jestem z powrotem. Za to brytyjska policja nie wypuściła mnie z UK bez pokazu swoich terrorystycznych zdolności. Zastraszyli cały autokar. Na granicy (Dover) wszystkim kazali wyjść. Potem każdy z nas był kolejno obwąchiwany przez psa, a dwóch uzbrojonych policjantów celowało w badanego osobnika lufy swoich pistoletów maszynowych. Przeszukiwano też bagaże. Nikogo nie zatrzymano. Nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że głównie chodziło im o sprawdzenie mnie, ale po tym, co wcześniej i później przeszedłem w Wielkiej Brytanii, wydaje mi się to bardzo prawdopodobne.

 

4 września 2006 r. - zamach z użyciem radiowozu w alei parkowej

 

3 września 2007 r. - Od niedawna byłem w Polsce. Wcześniej przez kilka miesięcy pracowałem w Holandii. W sobotę 1 września elektroniczne ataki z ukrycia tak przybrały na sile, że nie chciałem już czekać na to, co moi prześladowcy zgotują mi w poniedziałek. W niedzielę wieczorem wsiadłem do pociągu i pojechałem nad morze. Jacyś agenci mi towarzyszyli w pociągu, ale w porównaniu do tego, co zgotowano mi w domu, w pociągu było naprawdę bezpiecznie. Nad morzem po kilku rozmowach przez komórkę szybko mnie namierzyli i też uprzykrzali mi życie elektronicznymi atakami z ukrycia. Nawet trudno mi było powiedzieć, kto to robił.

 

1 września 2008 r. - Byłem w Holandii. Pracowałem tam jako elektryk. Praktycznie przez cały czas pobytu tam nękano mnie elektronicznymi atakami z dużej odległości, ale nie stanowiło to bezpośredniego zagrożenia dla mego życia. Jednak z czasem (już w październiku) ataki przybrały na sile i zdecydowałem się Holandię opuścić.

 

 

1 września 2009 r. - Kilka dni wcześniej moi psychopatyczni prześladowcy przeprowadzili skuteczny atak bardzo silnymi laserowymi strumieniami. Tym razem główną ofiarą ataku została moja mama. Doznała udaru mózgu i 1 września wciąż leżała w szpitalu na oddziale neurologicznym. Sądzę, że w podobny sposób atakowano wtedy też co najmniej kilka innych osób z naszego sąsiedztwa. Niektóre z nich leżały z moją mamą w szpitalu, ale zmarły. Moją mamę, już po wyjściu ze szpitala, próbowano uśmiercić jeszcze wielokrotnie, ale bandytom ta sztuka na szczęście się nie powiodła.

 

1 września 2010 r. - Z sąsiedniego bloku zaatakowano mnie bardzo silnym modulowanym laserowym strumieniem w wyniku czego odniosłem poważne obrażenia mózgu. Stało to się, kiedy pracowałem przy komputerze. Pisałem korespondencję biznesową. W lipcu 2010 roku założyłem firmę i starałem się pozyskać pewne grono godnych zaufania kontrahentów. Psycholom to było najwidoczniej nie w smak i faktycznie przystopowali na jakiś czas rozwój mojej firmy. Punkt dla nich. Teraz mój ruch.

 

1 września 2011 r. - Kolejny zamach? Śmierć? Z całą pewnością ci zwyrodnialcy już coś knują. Pewnie zrobią to jednak w charakterystyczny dla siebie tchórzliwy sposób. Np. tak jak ostatniej nocy, kiedy tak silnie ładowali mi w głowę strumieniem energii wychodzącym od dołu, że przez większość nocy nie byłem w stanie spać. Przypuszczam, że te gnoje będą się starali doprowadzić do fizycznego uszkodzenia mojego mózgu, a gdyby im się to udało, będą twierdzić, że do tego uszkodzenia musiało z nieznanych przyczyn dojść już jakieś 10-15 lat temu. Tak działają psychopaci, na co dzień - powszechnie szanowani obywatele RP.

 


24 sierpnia 2011 r.

 

Dzisiaj zadzwoniłem ponownie do Wydziału Kontroli KWP w Opolu, by się ich zapytać, czy odnalazły się moje skargi. Spodziewali się telefonu ode mnie. Tym razem rozmawiałem z policjantem z ponad dwudziestoletnim stażem.

 

Powiedział mi, że mają pisma, które do nich wysłałem, ale nie zostały one zakwalifikowane jako skargi. Jego przełożony polecił mu, by nie nadawać biegu sprawie. Znaczy to mniej więcej tyle, że to, co napisałem, należy traktować, jakby tego nie było. Nie trzeba na te pisma odpowiadać, nie trzeba niczego sprawdzać i nawet nie należy wliczać wysłanych przeze mnie skarg do statystyki skarg.

 

Muszę przyznać, że czegoś takiego się nie spodziewałem. Potraktowano mnie jak śmiecia. Mój interlokutor powiedział mi, że policja w żaden sposób nie może mi pomóc i wyraźnie zasugerował, że powinienem szukać pomocy u psychiatry. Stara esbecka szkoła, jak widać, wciąż żywa w policji.

 

Przypuszczam, że gdyby nie to, że pracownicy poczty sprawdzali w komendzie, czy na pewno ktoś odebrał moje listy, policjanci z Wydziału Kontroli nadal by utrzymywali, że żadnych listów ode mnie nie otrzymali. Jakoś żadnej piździe nie przyszło do łba, że dla przyzwoitości należałoby mnie w jakiś sposób powiadomić o tym, że moje pisma się znalazły.

 

Pewnie pasuje im to, że Poczta Polska uznała moje reklamacje za nieuzasadnione. Któryś z tych faszystowskich popierdoleńców powinien jeszcze szepnąć komu trzeba na poczcie, żeby nie przejmowali się moimi reklamacjami, bo... to wariat.  

 

Tak pracują zakłamane faszystowskie ścierwa. Pełnymi garściami korzystają z doświadczeń KGB, Stasi i SB. W latach siedemdziesiątych też nas stale przekonywano, że żyjemy w wolnym demokratycznym kraju. Teraz dalej płynie z telewizora ta sama propagandowa śpiewka, tyle że inne gęby oglądamy.

 

Witajcie w Obozie Zagłady "Polska"!

 

 

23 sierpnia 2011 r.

 

Otrzymałem dzisiaj dwa listy polecone. Były to odpowiedzi dyrekcji Oddziału Rejonowego Poczty Polskiej S.A. na moje dwie reklamacje, które złożyłem 17 sierpnia w związku z zaginięciem dwóch listów poleconych, które wysłałem jeszcze w czerwcu do KWP w Opolu.

 

Okazało się, że moje obydwa listy zostały doręczone upoważnionej do odbioru osobie z KWP w Opolu. List wysłany 7 czerwca doręczono 13 czerwca, a list wysłany 22 czerwca doręczono 24 czerwca.

 

Jednak kiedy 16 sierpnia zadzwoniłem do odpowiedniego wydziału KWP, żeby zapytać się, dlaczego nie otrzymałem jeszcze żadnej odpowiedzi na moje skargi, usłyszałem od policjantki, z którą rozmawiałem, że nie otrzymali ode mnie żadnych skarg, a moje nazwisko w ogóle nie figuruje w ich rejestrze. Ciekawe, co?

 

 

 

16 sierpnia 2011 r.

 

Dzisiaj dowiedziałem się, że moje dwie skargi na nyskich policjantów wysłane listami poleconymi do naczelnika wydziału kontroli KWP w Opolu nie dotarły do adresata. Od czasu wysłania przeze mnie drugiej z tych skarg minęły prawie dwa miesiące. W tym czasie wielokrotnie usiłowano mnie zlikwidować. Moich rodziców też - choćby ostatniej nocy.

 

Widocznie po pozbyciu się napisanych przeze mnie skarg myślano, że w ciągu kilku tygodni się mnie pozbędą i ukręcą sprawie łeb. Ku wielkiemu utrapieniu moich psychopatycznych prześladowców wciąż żyję.

 

Przypuszczam, że spróbują mnie zabić w dniu rozpoczęcia roku szkolnego. Te nieuki muszą wciąż nienawidzić nauczycieli. W faszystowskich krajach zawsze nauczyciele są pogardzani przez mundurowych.

 

Pierwszego dnia szkoły dwukrotnie byli już bardzo bliscy uśmiercenia mnie, ostatnio rok temu. Byłem wtedy przekonany, że na skutek ich ataku laserem w głowę w ciągu kilku dni umrę. Naprawdę było ze mną bardzo kiepsko.

 

Czwartego września 2006 r. usiłowali mnie staranować radiowozem w parkowej alei, gdzie obowiązuje zakaz ruchu. Mimo tego, że aleja była dość szeroka, kierujący radiowozem jechał wprost we mnie. W ostatniej chwili skręcił i ominął mnie prawie mnie dotykając karoserią. Zaraz potem dyżurny nie raczył przyjąć zgłoszenia przeze mnie tego zdarzenia.

 

 

 
10 marca 2011 r.
 
Jeżeli ta strona zniknie z Internetu, będzie to prawdopodobnie znaczyło, że zostałem zamordowany przez zwyrodniałych bandytów z Komendy Powiatowej Policji w Nysie. W przypadku nagłego zaginięcia mojej osoby poszukiwania należy zacząć od przeszukania dna rzeki Nysy Kłodzkiej tuż za komendą.
 

Dowiedziałem się od człowieka, który zna wiele tajemnic nyskiej komendy, że wielokrotnie po skatowaniu kogoś na terenie komendy, trupa wkładano do worka i wrzucano do rzeki. Możliwe, że w niektórych przypadkach taka skatowana osoba jeszcze żyła.
 
W ciągu ostatnich kilku tygodni napisałem trzy skargi do komendanta policji w Nysie.
 

Otrzymałem na te skargi dwie odpowiedzi, w których zastępca komendanta stwierdza, że wszystkie moje skargi uznaje za bezzasadne.
 
Dzisiaj w rozmowie telefonicznej z zastępcą naczelnika wydziału prewencji powiedziałem, że będę składał skargi na policjantów do końca swego życia. Na takie dictum szefostwo nyskiej policji ma tylko jedną odpowiedź – kara śmierci.
 
W ostatnich dniach próby zlikwidowania mnie przybrały na sile. Dzisiaj też robiono to na kilka sposobów np. próbowano laserem przebić moje serce.
 
Najwidoczniej moich psychopatycznych morderców nie satysfakcjonuje uśmiercanie tylko mnie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni kilka razy byli bliscy uśmiercenia moich rodziców. Tato znalazł się w szpitalu. Próbowano go tam dobić. Po trzech dniach wyszedł strasznie osłabiony. Po powrocie do domu ulgowo potraktowano go tylko w jedną noc.
 
Moja mama była dzisiaj o krok od kolejnego udaru mózgu. W dużym stopniu było to skutkiem wyczerpania brakiem snu i całą masą silnych elektronicznych ataków, gdziekolwiek próbowała spać.
 
Mnie ostatniej nocy atakowali głównie w głowę. Widocznie mam twardszą głowę niż myśleli. Próbują nie dopuścić do tego, bym napisał kolejne skargi. Takie skargi psują im statystyki, nawet wtedy, gdy uznają te skargi za bezzasadne.
 
Nysa jest miastem psychopatycznych morderców i policyjnego terroru w gestapowskim stylu. Na Białorusi już coś niecoś o tym wiedzą. Dobrze by było, by sami mieszkańcy Nysy mieli tego świadomość.
 
Andre Landberg
 

 

14 marca 2011 r.
 
Nie pomyliłem się. Ostatniej nocy próbowali zabić zarówno mnie, jak i moich rodziców. Z wielu stron jednocześnie każdemu z nas celowali silnymi laserami w serce. Równo o północy mama wszczęła alarm. Gdyby nie to, możliwe, że do rana już by było po nas. Mimo zachowania czujności, oberwaliśmy mocno i spania też prawie nie było. Miałem cichą nadzieję, że w ciągu dnia trochę odpoczniemy, ale nie było o wiele lepiej. Moja mama boi się, że tej nocy znowu będą próbowali nas zamordować. Jest to bardzo prawdopodobne.