Polski" "English
www.andrelandberg.com

Vancouver 2010

 

 

15 lutego 2010 r. 

Cztery lata temu pomogłem Justynie Kowalczyk i Tomaszowi Sikorze zdobyć olimpijskie medale. Adama Małysza wspierałem wtedy tylko w konkursie drużynowym.

 

Oczywiście w tym roku Polacy mają więcej realnych medalowych szans niż w Turynie. Nie wiem, czy komuś z Polaków będę pomagał. W ostatnim czasie jestem tak intensywnie prześladowany elektronicznymi atakami, że przede wszystkim muszę wykorzystywać dobrodziejstwo Inżynierii Duszy do samouzdrawiania.

 

Gdybym dzisiaj choć trochę wsparł swoją energią Justynę Kowalczyk, z pewnością na podium by się znalazła. Przy swojej normalnej dyspozycji z łatwością zapewniłbym jej złoto. No, ale ona ma przecież wystarczająco wielu pomocników, a rząd i władze polskich związków sportowych nie wydają się być zainteresowane moimi usługami.

 

Andre Landberg

 

16 lutego 2010 r. 

Mam pierwsze złoto. Pomogłem Magdalenie Neuner. Ona biega tak dobrze, że nie potrzeba jej dodatkowego wsparcia w biegu. Skupiłem się tylko na jej strzelaniu. Pomogłem uspokoić oddech i uzyskać dobrą koncentrację. Dwa pudła na dwadzieścia strzałów w tak ważnym biegu trzeba uznać za bardzo dobry wynik. Pomagam jej z przyjemnością, bo nie kosztuje mnie to wiele energii, a w dodatku od razu otrzymuję zwrotną energię, którą ona spontanicznie wysyła radując się z udanego biegu. Jest to energia euforii zwycięstwa, ale i wdzięczności.

 

Pamiętam, jak w 2004 roku na mistrzostwach świata w biatlonie, pięknie radowały się Polki zajmując w sztafecie ósme miejsce. Ta ich radość trafiła wprost do mego serca. Nie miały długu wobec mnie, odwdzięczyły mi się za wspieranie ich w tym biegu. Niektórzy sportowcy zaciągają dług przez to, że nie dostrzegają tego, że swoje sukcesy zawdzięczają jeszcze pewnej niewidzialnej sile, która ich wspiera. Wyrażanie szczerej spontanicznej wdzięczności Bogu zaraz po ukończeniu konkurencji zawsze dociera do adresata. Bóg bardzo sobie ceni taką wdzięczność, a sam zawodnik nie zaciąga długu. Każdy dług, w tej czy innej formie, prędzej czy później, każdy będzie musiał spłacić. Oczywiście nie odnosi się to tylko do sportowców, ale w ich przypadku jest to jeszcze bardziej wyraziste.

 

 

18 lutego 2010 r.

Z reguły bardziej lubię wspierać sportowców, którzy nie są faworytami. Lubię też wspierać mistrzów, którzy zdaniem wielu kibiców, nie mają już szans na powtórzenie swoich dawnych sukcesów.

 

Gratuluję Justynie Kowalczyk zdobycia srebrnego medalu w sprincie. Mocna jest. Chciałem wczoraj sprawdzić, jak bardzo mocna, więc w biegu finałowym pomogłem trochę jej trzem rywalkom: Bjoergen, Majdić i Olsson.

 

W biatlonie trochę pomogłem dzisiaj Weronice Nowakowskiej i Agnieszce Cyl. Same mnie do tego zachęciły dobrze rozpoczynając dzisiejszy bieg na 15 km. Trochę szkoda, że żadnej z nich nie udało się dzisiaj zdobyć medalu. Jedno pudło pogrzebało te szanse. Tomasz Sikora jeszcze nie wystartował. Nie wykluczam, że i jemu trochę pomogę, ale chciałbym, żeby mnie do tego zmobilizował swoją dobrą postawą.

 

 

 19 lutego 2010 r.

Wczoraj miałem zamiar wesprzeć Tomasza Sikorę. Niestety moim prześladowcom ten zamiar musiał się bardzo nie spodobać. Od samego początku biegu celowali mi w tył głowy silnym strumieniem energii. Ja nie biegłem, leżałem na wersalce.

 

Wykorzystują do tego małe gabarytowo elektroniczne emitery, najprawdopodobniej takie, których kluczowym elementem jest dioda LED o dużej mocy. Płatni mordercy to włączają i wszyscy czują się bezkarni, choć dobrze wiedzą, że takie działanie podpada pod paragraf.

 

Wczoraj na skutek takiego ataku zostałem zamroczony i zapadłem w sen. To i tak nie najgorzej, bo na przykład moja mama kilka miesięcy temu doznała udaru mózgu wskutek jednego z bardziej wrednych ataków.

 

Zatem nie byłem w stanie wesprzeć wczoraj Tomasza Sikorę, chyba że czyniłem to w inny sposób, a teraz nie jestem tego świadomy. Ocknąłem się tuż przed północą. Głowa bolała dość mocno. Oczywiście nie piłem wcześniej żadnego alkoholu.

 

Przypomniało mi się inne podobne zdarzenie ze stycznia 2004 roku. Polskie siatkarki walczyły wtedy w Azerbejdżanie o awans do turnieju olimpijskiego. Dzięki mojej pomocy zdołały pokonać Rosjanki i Niemki. Potem trener Niemczyk zastosował taktyczną porażkę 0:3 z Azerkami (wystawił rezerwowy skład). Chodziło mu o to, by w półfinale nie trafić na Włoszki.

 

Jednak dalej nie poszło tak gładko. Faworyzowane Polki przegrały w półfinale z Turczynkami 1:3 i w konsekwencji tej porażki nie pojechały na olimpiadę do Aten.

 

Ja bardzo chciałem wtedy Polkom pomóc, ale jeszcze przed zakończeniem pierwszego seta straciłem świadomość i ocknąłem się dopiero pod koniec meczu. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że stosuje się przeciwko mnie broń kierowanej energii; nie po to, żeby zabić, ale żeby uniemożliwić mi normalne funkcjonowanie. Jestem pewien, że gdyby wtedy mnie tym nie potraktowano, potrafiłbym tak pokierować rozwojem wypadków na parkiecie, że Polki by wygrały. Niedoszłe olimpijki mogą brak awansu podziękować Hoffmanom (tym zza ściany).

 

Dzisiaj może być jeszcze gorzej, bo kilka godzin temu u Hoffmanów wiercili nowe dziury w ścianie (nagrałem to). Chwilę potem zaczęli ładować z nowego miejsca. Wycelowali ten strumień tak, żeby przechodził przez moją głowę, kiedy siedzę przy komputerze. Nie mam laptopa.

 

Mam nadzieję, że Justyna Kowalczyk jest wystarczająco silna, by dzisiaj zwyciężyć, nawet bez mojego wsparcia. Ma dużo ludzi do pomocy. Jak wszyscy się spiszą na medal, to pewnie medal będzie, może nawet złoty. Kiedyś napiszę więcej, gdzie, kiedy i w jaki sposób pomagałem Justynie. Zacząłem pięć lat temu.

 


 

20 lutego 2010 r.

Brawo dla Anny Haag. Wczoraj zdobyła srebrny medal w biegu łączonym. Postawa Justyny Kowalczyk też mi zaimponowała, ale nie będę jej gratulował brązowego medalu, bo pomyśli sobie, że z niej drwię.

 

Wczoraj przez cały dzień byłem niemiłosiernie atakowany przez ścianę bardzo szkodliwymi strumieniami energii. Dopiero kiedy o tym napisałem na tej stronie, ataki zelżały. Tuż przed godziną 22 zacząłem oglądać transmisję z igrzysk olimpijskich.

 

Bieg na 15 km był ciekawy od samego początku. Nie wspierałem nikogo, bo po prostu nie byłem w stanie. Jednak przeprowadzałem uzdrawiający zabieg – uzdrawiałem samego siebie. Nie planowałem włączać się do gry.

 

Po ok. 30 minutach biegu poczułem, że energia w moim ciele zaczęła dużo swobodniej płynąć. Moja uzdrowicielska moc wróciła. Podobała mi się waleczna postawa na trasie Szwedki Anny Haag. Jeszcze bardziej podobał mi się jej numer – jedenastka jest dla mnie ważną i lubianą liczbą. Justyna biegła z numerem jeden. Kiedy biegły jedna za drugą na czele stawki, było to, jakbym ja prowadził ten wyścig.

 

W 33 minucie biegu Haag zaczęła odstawać od prowadzącej trójki. Nie chciałem, żeby tak było, więc niemalże odruchowo zacząłem ją wspierać. Miała wtedy poważny kryzys i z pewnością bez mojej interwencji szybko traciłaby dystans. Na efekt mojego oddziaływania nie musiałem długo czekać. Już po minucie zaczęła wyprzedzać Steirę. Za chwilę obie traciły już co najmniej kilkanaście metrów do Justyny. Nie chciałem, żeby tak było. Chciałem więcej dramatyzmu, walki do samej mety. Zacząłem też wspierać Steirę. Bjoergen odjechała już wszystkim daleko. Skupiłem się na rywalizacji Kowalczyk, Haag i Steiry. Sądziłem, że Szwedka i Norweżka nie zdołają wyprzedzić Polki, ale chciałem Justynę trochę nimi postraszyć, a zarazem uatrakcyjnić całe widowisko. Nie przypuszczałem wtedy, że walka o medale okaże się aż tak emocjonująca. W sumie Haag i Steirę wspierałem przez około 4 minuty. Na stadionie nie chciałem już przeważać szali. Trochę mi było głupio w momencie, kiedy wyglądało, że Polka nie zdobędzie medalu. Jednak sprytnym wrzutem na linię mety zdołała o kilka centymetrów być przed Steirą. Sama może nawet była za, ale jej prawy but.

 

W sumie muszę przyznać, że ucieszyła mnie taka kolejność na mecie. Steiry troche szkoda, bo ona w swojej karierze miała już bardzo dużo czwartych miejsc na dużych imprezach.

 

Dzisiaj oglądałem ten bieg jeszcze raz i podobał mi się jeszcze bardziej. Samą końcówkę oglądałem już blisko dziesięć razy. Jest ona tak fascynująca, że z pewnością będę wracał do tego nagrania wielokrotnie. Być może nawet po wielu latach. Trochę niechcący stworzyłem ponadczasowe widowisko sportowe. Widowisko, które jest pełne magii i tajemniczości. Ta energia została już tak wkodowana po wsze czasy. Gorąco polecam oglądanie tego biegu – działa uzdrawiająco i inspirująco.

 

Dzisiaj obejrzałem na antenie Eurosportu program „Finish Line”. Anna Haag udzielając wywiadu powiedziała, że nie wie, skąd miała siłę, by finiszować. Ma za to u mnie dużego plusa. Sześć i pół roku temu podobnie mówiła Małgorzata Glinka po zdobyciu przez polskie siatkarki mistrzostwa Europy. Obie powiedziały prawdę.

 

Niesamowity finisz w biegu łączonym: 11.1 na linii mety


 

Na stronie wp.pl jest zdjęcie z mety tego biegu. Ma nim „mój podpis” na piersiach Polki i Szwedki.

 

P.S.

Moim prześladowcom powyższy wpis musiał się nie spodobać, bo zaraz zaczęli mi celować w głowę jak wczoraj, tyle że z innej strony.

 

 

 23 lutego 2010 r. 

W sobotę nie nękano mnie prawie wcale. Dzięki temu zdołałem zregenerować siły. Krótko przed rozpoczęciem olimpijskiego konkursu skoków na dużej skoczni za pośrednictwem telewizyjnych dziennikarzy poczułem się poproszony przez Adama Małysza o wsparcie. Właściwie dość ochoczo na to przystałem.

 

Cztery lata temu można powiedzieć, że pozbawiłem Adama medalu na skoczni normalnej. Zamiast jemu pomogłem wtedy paru innym skoczkom. O ile dobrze pamiętam, do medalu zabrakło mu wtedy około 1 metra. Co prawda zajął on wtedy dopiero siódme miejsce, ale stawka była bardzo wyrównana. Sądzę, że mimo tego że nie był on wtedy w rewelacyjnej formie, z moją pomocą mógł zdobyć złoty medal. Ammann był wtedy słaby.

 

Ja zwykle prędzej czy później wyrównuję rachunki, zatem uznałem, że można tym razem Adamowi pomóc. Nigdy nie uważałem, że Adam Małysz nie może w Vancouver zdobyć medalu. Nie wykluczałem nawet złota. Internetowe komentarze osób twierdzących, że „Małysz się skończył” uważałem za żałosne nawet wtedy, gdy Adamowi zdarzyło się odpaść w kwalifikacjach.

 

Jestem przekonany, że w ostatnią sobotę na dużej skoczni Adam raczej by medalu nie zdobył. Najprawdopodobniej znalazłby się blisko podium, ale poza nim. Jeżeli nie zapanowałby nad emocjami, mógłby zepsuć skok i wypaść z pierwszej dziesiątki.

 

Sposób, w jaki go teraz wsparłem, bardzo przypominał to, co zrobiłem na MŚ w Predazzo w 2003 r., też na dużej skoczni. Najpierw trzeba było usunąć pewne blokady w przepływie energii w ciele skoczka. Tuż przed pierwszym skokiem i w czasie zjeżdżania najważniejsze było doenergetyzowanie, a zarazem uspokojenie mózgu. Skutek, jaki to daje to: wyzbycie się lęku, nabranie wiary w powodzenie, poprawa timingu i koordynacji ruchów. 137 m naprawdę zrobiło wrażenie.

 

W trakcie drugiej serii Adam był bardzo zaniepokojony, strasznie mu waliło serce. Nie można osiągać sukcesów w takim stanie. Oczywiście było to wywołane lękiem, że może nie zdołać obronić medalowej pozycji, że może coś schrzanić. Czułem wyraźnie, że nie jest to obawa o to, że nie zapłacą mu co najmniej 150 tysięcy za zdobycie medalu, ale obawa, że zawiedzie miliony tych wszystkich, którzy tak bardzo w niego wierzą.

 

Jeszcze bardziej zachęciło to mnie do tego, by dopilnować, by i w drugim skoku wszystko poszło dobrze. Trochę mi brakowało energii, żeby jeszcze bardziej poprawić lotność Adama, ale skupiłem się na głowie, czyli na tym, by to co miał zrobić, zrobił spokojnie bez obawy, że mu nie wyjdzie. 133,5 metrów okazało się być w sam raz.

 

Zaraz po zakończeniu konkursu znowu zaczęli we mnie ładować zza ściany. Może moi prześladowcy nie chcieli medalu dla Małysza, a może w swoim obłędzie uznali, że gdyby nie ja, to nasz Orzeł z Wisły zdobyłby w Vancouver dwa złote medale.

 

Najgorsze jednak dopiero miało przyjść. Po 23 w TVP INFO wyemitowano wywiad z Adamem, w którym mówił on, że przed drugim skokiem modlił się do Boga, by zapewnił mu spokój w czasie drugiego skoku. Musiało to bardzo rozwścieczyć moich satanistycznych prześladowców. Tym bardziej, że polskie biatlonistki też wspominały, że będą się modlić i liczą na Boże wsparcie.

 

Widocznie dla psycholi, którym się widzi panowanie nad światem i traktowanie ludzi jak żywego inwentarza, to nie do przyjęcia. W środku nocy kolejny raz podjęli próbę uśmiercenia mnie. Tym razem nie był to ostry atak (w głowę lub w serce), taki jak te w grudniu i styczniu. Zastosowali inny oręż tchórzy. Kiedy spałem głęboko, wycelowali we mnie silne strumienie mikrofal. Miało to miejsce około 4 nad ranem, bo trochę wcześniej przebudziłem się i jeszcze to nie było włączone. Rano mój stan był bardzo poważny. Nie będę tu opisywał szczegółowo, jakiego spustoszenia dokonali w moim organizmie, bo nie chcę by skorzystali z tych informacji przy zabijaniu mnie lub innych osób.

 

No cóż, tak wygląda wolność w faszystowskim kraju. Łapami Hoffmanów i Słowików morduje się ludzi w ich własnych domach. Nie potrzeba sądu. Kiedyś to się jednak skończy. Ponieważ ja o tych zbrodniach wiem dużo, pewnie zapadła już decyzja, że trzeba mnie definitywnie zlikwidować. Satanistyczni zwyrodnialcy z policji chętnie się takich zadań podejmują. Mogą też liczyć na spore grono ochotników chętnych do uczestniczenia w tych operacjach. Niektórzy z nich mogą nawet naprawdę wierzyć, że robią coś pożytecznego dla społeczeństwa.

 

Wczoraj (22 lutego) byłem w tak złym stanie zdrowia, że nawet nie włączyłem komputera. W dzień moi prześladowcy z jakiegoś powodu dali mi trochę odetchnąć. Nie miałem siły ani ochoty, by wspierać polskich (lub innych) skoczków w konkursie drużynowym. Potem, kiedy trochę doszedłem do siebie, trochę pomogłem w sprincie drużynowym Haag i Kalli. Udało się zdobyć srebro. Gdyby nie zbrodniczy nocny atak mikrofalami, pewnie Haag nie dałaby się wyprzedzić Niemce tuż przed metą.

 

Przedwczoraj (21 lutego) polskim kibicom robiono nadzieje, że w biatlonowych biegach masowych Tomasz Sikora i/lub któraś z trzech Polek mogą wywalczyć miejsce/miejsca na podium. No niestety ja nie za bardzo mogłem im pomóc. Nie odmówiłem sobie jednak przyjemności wsparcia Magdaleny Neuner.

 

Jej pierwszego strzelania nie przypilnowałem, w drugim to ja popełniłem błąd (Magdalena potrzebowała innego rodzaju wsparcia). Trzecie i czwarte strzelanie wyszły perfekcyjnie i kolejny złoty medal sympatycznej Niemki stał się faktem. Neuner mimo dwóch pudeł zajęła pierwsze miejsce. Nasza Krystyna Pałka była 20., mimo tego że na strzelnicy pomyliła się tylko raz. Niestety trzeba szybko biegać.

 

Nosiłem się z zamiarem wsparcia i dzisiaj Magdaleny Neuner w biegu sztafetowym. No cóż, skoro sama zrezygnowała z tego startu, to spróbuję trochę wesprzeć Polki. Żeby się tylko za bardzo nie spieszyły podczas strzelania, bo wtedy taka pomoc może niewiele dać. Niestety za bardzo jestem osłabiony, by je wesprzeć biegowo. Zatem trzeba dobrze nasmarować narty. Jeżeli Polki podejdą do strzelania z większą ufnością, może być nieźle. Na medal bym jednak nie liczył.

 

 

25 lutego 2010 r.

Kilka godzin po zamieszczeniu przeze mnie poprzedniego postu (23 lutego 2010 r.) moi psychopatyczni prześladowcy zareagowali w iście zwyrodniały sposób. O mało nie pozbawili moją mamę życia.

 

Miało to miejsce około godziny 23. Wszyscy akurat spali. Prosto w serce mojej mamy wycelowali bardzo silny promień lasera o długości fali spoza pasma widzialnego. Był on jednak tak silny, tak gęsty, że z łatwością go wyczułem dłonią. Nie było też problemu z określeniem miejsca, z którego wychodził. Było to mieszkanie znajdujące się w kamienicy po drugiej stronie ulicy, oddalone o około 20-30 m.

 

Kiedy mama mnie obudziła, uskarżała się na silny ból serca. Od razu miałem świadomość, że stan jest poważny. Częściowo złagodziłem ból serca oddziałując bioenergią (sam byłem wtedy mocno osłabiony po ostatnich atakach). Zdecydowałem, że trzeba wezwać pogotowie.

 

Przyjechali jakieś pół godziny po północy. Zmierzono mamie ciśnienie. Było bardzo wysokie: 200/100. Pani doktor powiedziała mamie, że gdyby ich nie wezwano, to do rana mama by już nie dożyła. Dwa zastrzyki i tabletka poskutkowały – mama poczuła się trochę lepiej. Ból serca ustąpił.

 

Po wyjściu ekipy pogotowia miałem cichą nadzieję, że mama będzie mogła w miarę spokojnie spać do rana. Została sama w pokoju. Już po 40 minutach przyszła przerażona, bo znowu ją zaatakowano. Poszedłem sprawdzić. Nie wydawało jej się to. Tym razem wycelowano w nią z zupełnie innej strony, przez mieszkanie sąsiadów, w którym obecnie nikt nie mieszka. Całe szczęście, że mama się tak szybko zerwała, bo mogło być znowu bardzo źle.

 

Przez pół godziny zastanawialiśmy się w moim pokoju, gdzie mama mogłaby się w miarę bezpiecznie wyspać. We wszystkie miejsca do spania, we wszystkich pokojach, nawet w kuchni ładowano mniej lub bardziej zabójczymi strumieniami kierowanej energii. Większość z nich nie była tak silnie skupiona, jak ten, który niemalże mamę zabił. Trudno było je jednak mamie znieść, bo w wyniku jednego z podobnych ataków doznała udaru mózgu. Od tego czasu nawet słabsze strumienie kierowanej energii odczuwa w bardzo bolesny sposób. Tak na to reaguje uszkodzony system nerwowy.

 

Nasi prześladowcy prawie zawsze wykorzystują zasilanie akumulatorowe do zasilania urządzeń emitujących zabójcze promienie. Wiem to stąd, że wyraźnie czuję, jak z upływem czasu natężenie danego strumienia stopniowo maleje aż do prawie niewyczuwalnego. Miałem nadzieję, że w środku nocy, po interwencji pogotowia, nie będą już włączać nowych emiterów, ani wymieniać akumulatorów.

 

Niestety nie doceniłem ich stopnia zwyrodnienia. Moja mama musiała się jeszcze kilka razy zrywać i szukać jakiegoś trochę bezpieczniejszego miejsca, by nie dać się zabić. Co najmniej trzy celowane w serce promienie były tak silne, że każdy z nich mógł mamę zabić w ciągu kilkunastu minut.

 

Jednak jakoś przetrwaliśmy tę noc. Nasi satanistyczni płatni zabójcy pewnie zachodzili w głowę, jakim cudem moja mama wciąż żyje. Mnie tamtej nocy atakowano wyraźnie lżej. Widocznie chcieli, żebym widział, jak moja mama umiera, i żebym czuł się za to odpowiedzialny, wręcz winny. W takiej sytuacji powinienem chyba trzymać gębę na kłódkę, zdjąć tę stronę z serwera i w ogóle nie wychylać się.

 

 

Tak, jak zapowiadałem wcześniej, pomogłem trochę polskim biatlonistkom w biegu sztafetowym. Weronika Nowakowska i Agnieszka Cyl spisały się na medal. Niestety po bardzo słabych pierwszych dwóch rundach w wykonaniu Krystyny Pałki i Magdaleny Gwizdoń kolejne Polki zaczynały od 18. miejsca z bardzo dużą stratą czasową.

 

W przypadku niektórych sportowców stosowany przeze mnie bioenergetyczny doping sportowy nie jest wystarczająco skuteczny. Oczywiście nie można nim zastąpić niedotrenowania i braku umiejętności. Ważne też jest energetyczne zestrojenie uzdrowiciela z osobą, której pomaga. Niektóre osoby są na taką zdalną pomoc bardzo otwarte, inne wręcz przeciwnie – zablokowane i zamknięte.

 

Adam Małysz jest pod tym względem prawdziwym fenomenem. Cechuje go tak duża energetyczna otwartość, że łatwo jest mi wpływać na poprawę jego możliwości. Adam osiągnąłby o wiele więcej sukcesów, gdybym mu stale pomagał. W 2004 roku wysłałem mu list, w którym napisałem, że już mu nie będę pomagał. Zrobiłem to po to, żeby miał świadomość tego, że właśnie tego czynnika może mu brakować, kiedy dziennikarze będą go wypytywać, kiedy znowu zacznie wygrywać.

 

W sezonie 2003/04 jak wariat wspierałem Norwegów. Chciałem się przekonać, że moja metoda przynosi efekt nie tylko w przypadku Małysza. Pettersen dzięki mnie wygrał Turniej Czterech Skoczni, Ljoekelsoey został mistrzem świata w lotach i o mało nie wygrał Kryształowej Kuli.

 

Na mistrzostwach świata w lotach Finowie latali rewelacyjnie, ale dzięki memu wsparciu drużyna norweska okazała się minimalnie lepsza. Śmiałem się, kiedy Kojonkoskiego noszono w Norwegii na rękach, przypisując mu wszystkie sukcesy norweskich skoczków. On na pewno w dużym stopniu się do tego przyczynił, ale wierzcie mi, bez mojej Inżynierii Duszy tych sukcesów nie byłoby aż tak dużo. Po jakimś czasie mi się to znudziło. Miałem, co chciałem – wiedziałem, że moja metoda jest skuteczna w przypadku wielu różnych sportowców.

 

 

26 lutego 2010 r.

Cztery lata temu, tuż przed rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich w Turynie, wysłałem prawie anonimowo i nie z miasta, w którym mieszkam, taki oto list.

 


8 lutego 2006 r.

 

Sz.P.
Andrzej Olejniczak
Gazeta Wyborcza
Ul. Czerska 8/10
00-732 Warszawa

 


Szanowny Panie Redaktorze!

 

Proszę Pana i innych polskich dziennikarzy sportowych o raczej łagodne słowa krytyki pod adresem polskich olimpijczyków.

 

Mam w pamięci drwiny, których im nie szczędzono, także na łamach Gazety Wyborczej. Dla przykładu artykuł „Opowieści z krypty” (GW 30.08.04) czy wywiad z koniem Alexis 2 (GW 27.08.04).

 

Tym razem powodów do druzgocącej krytyki i drwin może być dużo więcej. Wtedy w Grecji ja jednak wspomagałem polskich sportowców mimo tego, że miałem mnóstwo powodów, by tego nie czynić. Pewnie zdecydowało o tym to, jak potraktowano mnie wtedy w Londynie.

 

Teraz jednak będę wspierał rywali Polaków, co można też tak odczytać, że będę przeciwko polskim olimpijczykom. Oczywiście chodzi o pewną formę sportowego dopingu, a nie o czarną magię. Postaram się, żeby Polacy uciułali jak najmniej punkcików, ale nie będę zbyt złośliwy. To jest uczciwa gra.

 

Trochę mnie rozdrażniliście Państwo dziennikarstwo i działacze swoimi żalami, że Polacy zdobyli w Atenach tylko dziesięć medali. Bez mojej pomocy byłoby ich dwa razy mniej. Ciekawe, co by się wtedy pisało.

 

Życzę Panu miłej zabawy przed telewizorem.

 

Wasz Andre

 

 

P.S.
Proszę nie zniechęcać naszych sportowców, lepiej niech nie znają treści tego listu.

 

 


Wkrótce, kiedy szedłem ulicą, otaczały mnie radiowozy policji i Straży Miejskiej. Nie zatrzymywali mnie, nie legitymowali nawet, ale najwidoczniej chcieli, żebym się ich bał. Jednocześnie nasiliły się elektroniczne ataki, zwłaszcza w domu. Na pewno nie zachęcało mnie to do wspierania polskich sportowców.

 

Tych zagranicznych też niewiele wspierałem. Na pewno nie pomagałem żadnej z rywalek Justyny Kowalczyk. Wręcz przeciwnie – po cichu wspierałem Justynę. Rywalom Tomasza Sikory nie musiałem wcale pomagać, bo nasz najlepszy biatlonista regularnie plasował się w granicach 20. miejsca.

 

Najbardziej wpłynąłem na postawę skoczków narciarskich. W konkursie indywidualnym na skoczni normalnej w istotny sposób pomogłem paru zagranicznym zawodnikom. Trochę też wspierałem polskich skoczków (cudów nie było), nie pomagałem jednak Adamowi Małyszowi.

 

W tej chwili nie pamiętam już dokładnie, dlaczego tak zrobiłem. Chyba Adam i jego trenerzy zbyt głośno mówili o bardzo dobrym przygotowaniu Adama do tej olimpiady. Porównywano to do „trafienia z formą” na mistrzostwach świata w 2003 r. A wtedy przecież nie byłoby tych dwóch złotych medali bez mojej pomocy. Zatem pozwoliłem im się sprawdzić bez mojego wsparcia.

 

* * *

 

Wczoraj obejrzałem sztafetę biegaczek. Polki szóste – brawo! Przede wszystkim byłem pod wrażeniem tego, jak pobiegła Justyna. Naprawdę wielka klasa. W drugiej części jej zmiany zacząłem nawet trochę ją wspierać, ale ja wczoraj wciąż byłem dość słaby. Potem jeszcze w jakimś stopniu postarałem się pomóc Paulinie Maciuszek i Sylwii Jaśkowiec. W takim składzie szóste miejsce trzeba było uznać jako sukces.

 

Justyna zaimponowała mi swoją postawą i z pewnością nie będę jej jutro utrudniał zdobycia olimpijskiego złota. Niestety może się okazać, że nawet gdybym chciał, niewiele będę mógł jej pomóc.

 

Pamiętam dobrze, jak wiele energii kosztowało mnie wspieranie jej w biegu na tym dystansie pod koniec ubiegłego sezonu. Na dodatek Majdić na koniec wygrała ten bieg dzięki zmianie nart na takie, które o wiele lepiej jechały, kiedy śnieg zaczął topnieć.

 

Cztery lata temu na olimpiadzie też było ciekawie, ale o tym napiszę innym razem, być może już jutro. Jeżeli nie będę zbyt dotkliwie atakowany elektronicznie, to jutro może też być tak, że będę wspierał na trasie zarówno Polkę, jak i jakieś zagraniczne zawodniczki. Jeżeli się na to zdecyduję, to postaram się to zrobić tak, żeby choćby w najmniejszym stopniu nie zmniejszać szans Polki na wygraną.

 

 

27 lutego 2010 r.

Dzisiaj wieczorem kolejna szansa Justyny Kowalczyk na zdobycie olimpijskiego złota. Ja chciałbym się jednak teraz cofnąć do wydarzeń z 2006 roku.

 

Początek tamtego roku zastał mnie w Londynie. Miałem tam stałą pracę i wynajmowałem małe, ale wygodne mieszkanie. Dotarła do mnie wtedy wiadomość, że mój ojciec ma raka. Był to złośliwy nowotwór. Rozmawiając z tatą przez telefon, słyszałem w jego głosie, że jest przekonany, że żywy z tego nie wyjdzie. Zdecydowałem się wrócić do kraju i popracować trochę nad poprawą stanu zdrowia mojego taty.

 

24 lutego 2006 r. pojechałem z tatą do szpitala onkologicznego w Gliwicach. Ja nie miałem czarnych myśli, ale mój tato nawet ubrał się tak, jakby był przekonany, że wkrótce umrze, a jego ubrania wyrzucą. Planowo w szpitalu miał zostać na prawie trzy miesiące. Był dziwnie nieporadny i zagubiony, chociaż fizycznie był sprawny.

 

Kiedy wróciłem do domu, o olimpiadzie nie myślałem. Po jakimś czasie włączyłem telewizor, żeby nie myśleć stale o tym, co się stanie z tatą. Akurat pokazywali jakiś bieg narciarski. Dopiero po kilku minutach zorientowałem się, że właśnie trwa walka o medale z udziałem Justyny Kowalczyk.

 

Ona wtedy nie była tak mocna jak teraz i oczywiście była dużo mniej doświadczoną zawodniczką. Ja jednak byłem przekonany, że ma bardzo duże możliwości i chętnie ją wspierałem. Bywało tak, że jej ósme, czasem dwunaste miejsce było naszym sukcesem.

 

Po jej zasłabnięciu na trasie biegu na 10 km, w którym teoretycznie miała największe szanse na medal, praktycznie nikt nie wierzył, że jeszcze coś w Turynie zwojuje. Wiele osób uważało, że w ogóle nie powinna startować na 30 km – zdrowie przecież jest najważniejsze.

 

Jednak oglądając ten bieg, widziałem, że Justyna bardzo dobrze sobie radzi. Stale utrzymywała się w czubie, a nawet czasem sama podkręcała tempo. Spontanicznie włączyłem się do gry. Nie przejmując się tym, co napisałem w liście do redaktora Wojciechowskiego (czyli, że nie będę wspierał Polaków w Turynie), zdecydowałem się spróbować pomóc Polce w osiągnięciu jak najlepszego wyniku w tym biegu.

 

Było parę takich kluczowych momentów, kiedy Justyna zaczynała słabnąć. Nawet, jeżeli inni telewidzowie tego nie dostrzegali, ja mając dobry wgląd w funkcjonowanie jej organizmu szybko wychwytywałem te objawy słabości. Oczywiście starałem się szybko temu zaradzić.

 

Najwidoczniej dobrze tę pracę wykonywałem, bo pod koniec biegu Justyna pokazała, że ma jeszcze dużo sił: uciekła wszystkim pozostałym. Niestety na zjazdach nie radziła sobie tak dobrze jak jej bardziej doświadczone rywalki, więc tuż przed stadionem jej przewaga znacznie stopniała.

 

Jednak, jak pewnie wszyscy kibice pamiętają, na stadion wbiegła jako pierwsza. W tamtej chwili wierzyłem, że może zdoła wygrać. Niestety Czeszka i Rosjanka popisały się bardzo dobrym finiszem i przegoniły Polkę. Brąz też należało uznać za wielki sukces młodej Polki, ale szansa na złoto była jak najbardziej realna. Sama Justyna Kowalczyk ostatnio niejednokrotnie mówiła, że teraz będąc w takiej sytuacji, nie dałaby sobie wydrzeć złota. Miejmy nadzieję, że dzisiaj wieczorem nas o tym przekona.

 

* * *

 

 Justynie pragnę podziękować za to, co za jej sprawą wydarzyło się nazajutrz. Jeszcze tego samego dnia wieczorem mój tato wsiadł do pociągu i wrócił do domu. Nie znaczy to, że go nie przyjęli na oddział – po prostu widział, że bardzo wielu pacjentów wyjeżdża na weekend do domu, bo w sobotę i niedzielę nie było zabiegów (radioterapia). Poza tym uznał, że jeszcze coś z domu powinien zabrać.

 

Postanowiłem zrobić tacie przyjemność. Łatwo się upewniłem, że nic nie wie o medalu Kowalczyk. Igrzyska w Turynie już prawie dobiegały końca, a polska reprezentacja wciąż była bez medalu. W drugim tygodniu dziennikarze znowu zaczęli ostro wykpiwać postawę (mierność i nieudolność) naszych olimpijczyków. Justynę traktowali nieco łagodniej, bo po prostu wyglądało na to, że jej organizm powiedział dość.

 

Mój tato też już stracił nadzieję, że Polacy zdobędą jakikolwiek medal. Dlatego też trudno mi było go namówić, by zechciał popatrzeć na ostatni start Kowalczyk. Posunąłem się do małego oszustwa. Kiedy odtwarzałem z magnetowidu ten bieg, powiedziałem ojcu, że jest to na żywo. Tato był trochę roztargniony, więc się nie zorientował.

 

Początkowo go ten bieg nie wciągał, bo nie dawał Justynie szans. Odchodził od telewizora. Musiałem znowu go namawiać i przekonywać, że Justyna bardzo dobrze biegnie i ma szansę na medal. W końcu chwyciło.

 

Wciągnęło go to na dobre. Nie przypominał już tego człowieka, który wczoraj sam siebie spisał na straty. Radosny i rozemocjonowany przeżywał wspaniałą jazdę Justyny. Kiedy jako pierwsza zbliżała się do stadionu, modlił się, żeby jej się udało wygrać. Ja też musiałem trochę poudawać, że widzę ten bieg po raz pierwszy. Emocji mi nie brakowało, bo zarażałem się nimi od taty. Myślę, że właśnie wtedy, w czasie oglądania tego biegu, mój tato wrócił do życia.

 

Pobyt w szpitalu okazał się skuteczny. Choroba zaczęła się cofać. Oczywiście w tym czasie też często wspierałem go uzdrawiającą energią, ale nie przypisuję sobie głównej roli w pokonaniu złośliwego raka w ciele mojego ojca. Justyna też się do tego przyczyniła, choć pewnie nie przyszłoby jej nigdy do głowy, że coś takiego mogło się wydarzyć.

 

Mój tato żyje i ma dobre wyniki badań onkologicznych. Niestety i on stał się celem nienawistnych elektronicznych ataków. Jest traktowany trochę łagodniej niż ja czy moja mama, gdyż, w odróżnieniu od nas, nie opowiada o tym nikomu.

 

Mam nadzieję, że dzisiejszy występ Justyny Kowalczyk także da komuś kopa, by nie poddawać się nawet w beznadziejnej sytuacji. Powodzenia Justyno!!!

 

27 lutego 2010 r.  godz. 22:45

Justyna zdobyła złoty medal. Poszło tak, jak cztery lata temu, a nawet lepiej. Gratuluję, Justyno! Jesteś wielka!  
 

 

2 marca 2010 r.

(wpis edytowany 4 lutego 2014 r.)

Moim psychopatycznym prześladowcom widocznie złoto Justyny i brąz polskich panczenistek były nie w smak, bo nazajutrz po zdobyciu tych medali ataki tak przybrały na sile, że moja mama znowu o mało co nie przypłaciła tego życiem. Tym razem laserową wiązką funkcjonowanie serca mojej mamy zaburzyli bracia Domańscy, mieszkający w bloku znajdującym się prawie tuż za oknami naszego mieszkania.

 

Atak był naprawdę wredny, a zagrożenie życia było bardzo poważne. Stało się to, kiedy moja mama po prostu oglądała w telewizji program rozrywkowy. Widocznie w milicyjno-policyjnym domu Domańskich (ich ojciec był milicjantem) uznano, że jakoś za bardzo mojej mamie jest wesoło i chcieli jej pokazać, że to oni decydują o tym, czy w danej chwili może się śmiać, czy też nie.

 

Kiedy z moją pomocą, mama poczuła się lepiej, do Domańskich dołączyli inni prześladowcy na czele ze Słowikiem, Knollami, Hoffmanem, Zagajską i paroma jeszcze, których na razie z nazwiska nie wymienię. Noc była koszmarna. Mama zasnęła dopiero nad ranem. Ja też niewiele co spałem. Doprawdy w osobliwy sposób polski rząd wyraża mi wdzięczność za pierwszy olimpijski złoty medal dla Polski od 38 lat.

 

* * *

 

W biegu na 30 km Justynie pomagałem od początku. W pierwszej połowie dystansu bardziej to polegało na monitorowaniu tego, czy wszystko jest w porządku. Dużych zakłóceń nie było, ale wiedziałem, że wraz z pokonanymi kilometrami problemów będzie przybywać. Bardzo dobrze, że Polka nie biegła z pełnym żołądkiem – to oszczędziło jej i mnie wielu problemów. W ogóle miałem wrażenie, że wszyscy spisali się bardzo dobrze, to znaczy sama Justyna, trener Aleksander Wierietielny, smarowacze (serwismeni), no i ja. Podobała mi się też taktyka Justyny w czasie biegu.

 

Nie mam jednak co do tego żadnych wątpliwości, że bez mojego wsparcia Polka nie zdołałaby wygrać tego biegu. Co więcej, gdyby moje wsparcie nie było tak staranne i dopracowane, to też byłoby za mało, by pokonać Marit Bjoergen. Kluczowe znaczenie miało szybkie niwelowanie osłabienia trzustki i śledziony, doenergetyzowanie splotów nerwowych, a na końcowych kilometrach – stymulowonie aktywności pewnych obszarów mózgu. Właśnie dzięki temu ostatniemu Justyna tak dobrze rozegrała finisz i nie zwątpiła w to, że zdoła wygrać.

 

Moje wsparcie dla Haag i Steiry w biegu na 15 km też pomogło w wywalczeniu złota na 30 km. Przede wszystkim byłem potem silniej zmotywowany, by jak najlepiej wesprzeć Polkę. Poza tym miało też tu wpływ subtelne działanie karmiczne (wyrównywanie energii).

 

Sobota okazała się też dobrym dniem dla innych Polek. W biegu na 30 km Kornelia Marek zajęła 11 miejsce (potem okazało się, że była na dopingu). W drugiej części dystansu też trochę ją wspierałem, ale jednak o wiele mniej niż Kowalczyk.

 

Bieg oglądałem w TVP 2. W pewnym momencie przerwano transmisję, by pokazać na żywo wyścig półfinałowy drużyny naszych panczenistek, które dzień wcześniej sprawiły miłą niespodziankę pokonując Rosjanki. Chwilę się wahałem, czy i je wspierać. Trochę byłem tym zaskoczony. Wiedziałem, że to trochę za późno, by zrobić wszystko tak jak trzeba. Dodatkowym utrudnieniem było to, że w tej konkurencji startowały trzy Polki jednocześnie, a słabość choćby jednej z nich oznaczała porażkę drużyny.

 

Jednak trochę udało mi się im pomóc. Minimalnie przegrały z Japonkami. Uzyskały jednak lepszy czas niż Amerykanki i Niemki, czyli drużyny, które wystąpiły w drugim półfinale. Wierzyłem, że jest szansa na brąz, i postanowiłem przyłożyć się do ostatniego biegu Polek.

 

Choć zdawało się, że Amerykanki będą zbyt silne, po prostu szybko zrobiłem parę swoich sprawdzonych sztuczek i po kilku minutach polskie panczenistki cieszyły się z medalu. Polki wygrały z dużą przewagą, ponieważ jedna z Amerykanek osłabła. Być może i bez mojego wsparcia, Polki by wygrały. Trudno jest to ocenić.

 

Jednak moim zdaniem, gdybym zainteresował się polską drużyną trochę wcześniej i przyłożył się naprawdę solidnie do wspierania Katarzyny Bachledy-Curuś, Katarzyny Woźniak i Luizy Złotkowskiej, to mogłyby one zdobyć nawet złoty medal. To by dopiero była sensacja nad sensacje, prawda?

 

* * *


Podsumowanie igrzysk

Dzięki takim indywidualnościom jak Adam Małysz i Justyna Kowalczyk Igrzyska Olimpijskie w Vancouver naprawdę się Polakom udały. Ja też się do tego trochę dołożyłem, ale nie przypisuję sobie wszystkich sześciu medali. Sądzę, że gdybym się nie mieszał, Polacy zdobyliby cztery srebrne medale. Być może i bez mego wsparcia, przy odrobinie szczęścia, polskie panczenistki dodatkowo zdobyłyby brąz. Czyli kto ile tych sreber miałby zdobyć?

 

Justyna – trzy, Adam – jedno, na skoczni normalnej. Małysz bardzo rozczarowany pewnie by nie był, ale wiele osób by go krytykowało, a jego drugie miejsce na normalnej uznałoby za czysty fuks. Kowalczykówna miałaby niedosyt, a fakt, że ani razu nie udało jej się pokonać Bjoergen, rzucałby niekorzystne światło na jej wypowiedzi na temat biegaczek astmatyczek. Poza tym jestem pewien, że o wiele bardziej odpowiada jej zestaw medali: złoto, srebro, brąz niż trzy srebra.

 

Zatem trudno powiedzieć, że na tej olimpiadzie Polakom zaszkodziłem. Wręcz przeciwnie, do zdobycia tych najcenniejszych medali bardzo mocno się przyczyniłem.

 

Biorąc to pod uwagę, trudno jest pojąć jakie są powody tak nienawistnego skrytego elektronicznego atakowania mnie i innych członków mojej rodziny. Cóż, przyjdzie mi oswoić się z myślą, że w faszystowskich krajach tak po prostu jest.