Polski" "English
www.andrelandberg.com

Adam Małysz

 


Soul Engineering

Wsparcie dla Adama Małysza (skoki narciarskie)

 

 

Kiedy około dziesięć lat temu zacząłem prowadzić na sobie eksperymenty, które stały się podwalinami Inżynierii Duszy, nie myślałem wcale o dopingu sportowym. Miała to być po prostu łatwa metoda uzdrawiania samego siebie. Kiedy samouzdrawianie Inżynierią Duszy stawało się coraz bardziej skuteczne, a dolegliwości ustępowały, zacząłem uzdrawiać tą metodą i inne osoby. Oczywiście zwykle było to działanie na odległość. Wielokrotnie byłem w stanie przynieść w ten sposób ulgę osobom, które przez długi czas bezskutecznie próbowały gdzie indziej pozbyć się kłopotliwych dolegliwości.

 

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy spróbowałem tą metodą wesprzeć naszych sportowców. Chyba musiało to być na olimpiadzie w Sydney. Czyniłem to spontanicznie, kierując się typową kibicowską pasją. Mnie samemu trudno było wtedy wierzyć, że może to pomóc, ale uznałem, że trzeba spróbować. Nie wyobrażałem sobie, że mogłoby to komuś zaszkodzić. Gdybym miał co do tego jakieś wątpliwości, żadnych działań bym nie podejmował.

 

Jednak prawdziwym przełomem w korzystaniu z Inżynierii Duszy jako dopingu sportowego stała się przygoda z Adamem Małyszem. O ile dobrze pamiętam, to zainteresowałem się pod tym kątem jego osobą w sylwestrowy wieczór 2000 roku. Następnego dnia już bez żadnych wątpliwości miał być XXI wiek, a w skokach zaczęła się era Adama Małysza. Nie chcąc dopuścić do tego, by młody polski skoczek miał zaprzepaścić szansę wygrania TCS, postanowiłem spróbować wesprzeć go w dwóch ostatnich konkursach dobroczynną energią. Kiedy Adam nokautował rywali skacząc o 10 metrów dalej od nich, sam nie mogłem uwierzyć, że był w tym i mój udział.

 

Postanowiłem spróbować utrzymać tę nieoczekiwaną przez nikogo dominację Polaka z Wisły na skoczniach narciarskich. Oglądałem prawie wszystkie kolejne konkursy Pucharu Świata i oczywiście stale wspierałem Małysza, trochę też pozostałych polskich skoczków. Na tle pozostałych Adam Małysz był prawdziwym fenomenem. On chłonął tę uzdrawiającą energię jak gąbka i zaraz perfekcyjnie wykorzystywał to w swoich skokach. Cechowała go dużo większa otwartość i brak blokad psychicznych, które w przypadku innych zawodników często marnotrawiły cały mój trud. Stąd też nie ma przesady w stwierdzeniu, że to właśnie Adam Małysz nauczył mnie skutecznego stosowania Inżynierii Duszy jako dopingu sportowego. Euforia polskich kibiców jeszcze bardziej mnie uskrzydlała, ale po pewnym czasie wiele przejawów MAŁYSZOMANII zacząłem odbierać jako chore zachowania, często nieuczciwe.

 

Wielu Polaków było przekonanych, że Małysz po prostu sam z siebie jest taki genialny. Genialny sportowo owszem jest, ale bez mojej pomocy niestety nie wygrałby tak dużo, a najprawdopodobniej już dawno zakończyłby karierę. W krótkim czasie jego niewiarygodne sukcesy sprawiły, że ustawiła się długa kolejka tych, którzy uznali, że im się też coś z tego należy. Te przepychanki o finansowe profity bardzo mnie zasmucały. Ja sam nigdy nie dopominałem się u nikogo o gratyfikację finansową za mój wkład.

 

Oczywiście trudno by było precyzyjnie „zważyć”, kto w jakim stopniu przyczynił się do pasma sukcesów Adama z Wisły. Bez wątpienia wkład jego samego jest największy. Ja sam w ogóle bym nie skakał, a wspierając innych skoczków zbliżone efekty udało mi się osiągnąć tylko z kilkoma, ale nie było w tym gronie żadnego z pozostałych członków polskiej kadry. Być może nie byłoby też tych sukcesów bez kojącego wpływu na Adama jego żony i córki. Z pewnością trener Apoloniusz Tajner w dużym stopniu był autorem tych sukcesów. Jednak kiedy był on jeszcze trenerem kadry, a ja już sobie odpuściłem, nie wspierałem Małysza, lecz raczej jego rywali, to nie był on w stanie niczego wymyślić, by znowu wynieść swojego najlepszego zawodnika na szczyt.

 

Swego czasu wiele się też mówiło o tym, że kluczem do sukcesów Małysza było zaangażowanie przez trenera Tajnera do współpracy wybitnych specjalistów w osobach panów: doktora Jana Blecharza, psychologa i profesora Jerzego Żołądzia, fizjologa. Nie twierdzę, że nie, ale znowu miałem okazję się przekonać, że i ich pomoc okazywała się niewystarczająca, kiedy ja się nie angażowałem.

 

Zupełnie oddzielną kwestią jest dyskusja na temat zasług w rozwoju kariery Adama Małysza związanych z pozyskiwaniem sponsorów, marketingiem reklamowym i PR-em. Tutaj dopiero było się o co kłócić, bo przecież i Edi Federer, i Telewizja Polska S.A., i Polski Związek Narciarski, i nie wiadomo kto jeszcze ...

 

To właśnie przede wszystkim te kłótnie o kasę doprowadziły do tego, że w 2003 roku po zakończeniu sezonu postanowiłem przestać wspierać Adama Małysza na skoczniach. Zamiast tego – żeby się przekonać, czy takie sukcesy są możliwe nie tylko z Małyszem – zdecydowałem się wziąć pod swoją opiekę kadrę skoczków norweskich. Wypróbowałem to w sezonie 2003-04. Co z tego wynikło, jeżeli ktoś nie pamięta, łatwo sprawdzić (www.skokinarciarskie.pl). Oczywiście zbiegło się to z objęciem norweskiej kadry przez fińskiego trenera Kojonkoskiego. Pod koniec sezonu uważano go niemalże za cudotwórcę. Ale tak naprawdę, to tym specjalistą od cudów byłem wtedy właśnie ja.

 

Tak gdzieś w połowie tamtego sezonu (2003-04) zaczęło mi się nawet robić żal Małysza. Dziennikarze stale go zadręczali oczekując od niego deklaracji kolejnych sukcesów. Telewizja przecież tak dużo w niego zainwestowała, że to nie była już tylko jego osobista sprawa, czy będzie wygrywał, czy nie. No tak, on już przecież był własnością telewizji. Ja jednak chciałem być konsekwentny – jak pomagam Norwegom, to Norwegom.

 

W Środę Popielcową wysłałem do Adama Małysza list. Wyjaśniłem mu w nim, że w bardzo dużym stopniu sukcesy, które odnosił były wynikiem mojego zdalnego oddziaływania na niego. Napisałem też, że od początku sezonu już go nie wspomagam i w przyszłości też raczej nie będę. Chciałem po prostu, żeby wiedział, czym jest to coś, czego mu wtedy było brak, a co często on sam określa jako „błysk”. Nie chciałem go w ten sposób pognębiać, chciałem, żeby miał świadomość, czego zabrakło. Przecież właśnie o to tysiące razy pytali go dziennikarze. List ten pisałem z pełną życzliwością i nawet zamieściłem w nim kilka wartościowych wskazówek na temat tego, co mogłoby w jakimś stopniu wpłynąć na poprawę jego formy.

 

Dwa dni po wysłaniu tego listu na skoczni w Salt Lake City miał miejsce fatalny upadek Adama Małysza. Przez jakiś czas leżał na zeskoku nieprzytomny, potem podobno mówił dziwne rzeczy, po badaniu w szpitalu zamknął się w pokoju hotelowym i z nikim nie chciał rozmawiać. Po przyjeździe do Polski jak ognia unikał dziennikarzy. Polscy lekarze nie byli pewni, czy jeszcze będzie mógł skakać. Wróżono mu wielomiesięczną rehabilitację, niepokoiły urazy mózgu. Nie mogłem mu wtedy nie pomóc. Tym razem nie był to doping, lecz bardzo ważne uzdrawianie na odległość. Miałem wrażenie, że to nie tylko przywracanie do zdrowia jego ciała, ale i też dokonywanie jego duchowej przemiany. Możliwe, że właśnie dlatego ten upadek był mu potrzebny, ale zapewniam, że ja go nie wywołałem, ani nawet tego nie próbowałem.

 

Ku zdumieniu lekarzy as polskich skoków narciarskich nadzwyczaj szybko powracał do zdrowia. Jeszcze na wiosnę trenował z powrotem na skoczni. Po raz pierwszy mógł też osobiście odebrać laury za zasługi sportowe w poprzednim sezonie. Podczas uroczystej gali, którą na żywo transmitowano w telewizji, też go wspierałem ( stres, psychosomatyka, głos ). Cieszyłem się, że zdrowieje.

 

Jednak w następnym sezonie (2004-05) nadal go nie wspierałem; poza nielicznymi wyjątkami. Najwięcej pomagałem wtedy Finom z Janne Ahonenem na czele. Adam Małysz zwykle był blisko czołówki, ale ciągle brakowało w jego skakaniu tego czegoś. Miałem świadomość tego, że z łatwością mógłbym przywrócić jego formę z najlepszych lat, ale tego nie chciałem. Cieszyłem się wtedy seriami zwycięstw najpierw Ahonena, a potem Hautamaekiego. Na zakończenie sezonu urządziłem festiwal rekordowo długich skoków w Planicy. Oczywiście ten ponad 240 m. Ahonena to też była moja robota. Dodawałem wtedy skrzydeł prawie wszystkim uczestnikom konkursu oprócz Małysza.

 

W czasie lutowych mistrzostw świata w Oberstdorfie Adam mógł nawet bez mojego wsparcia wymęczyć medal na normalnej skoczni. Mógł to być nawet medal złoty. Przyznaję, że utrudniłem mu to w sposób istotny, gdyż wspierałem energią wielu innych zawodników. Na dużej skoczni podczas samego konkursu nie wspierałem nikogo, nawet nie oglądałem bezpośredniej transmisji, ale wpływ mojego oddziaływania często utrzymuje się przez dłuższy czas, zwłaszcza w przypadku niektórych skoczków, a zatem i w tym wypadku moje wcześniejsze wsparcie podziałało jak doping na paru skoczków, których energia nie uległa w tym czasie zaburzeniu. Ahonen, Ljoekelsoey i Janda zademonstrowali to najdobitniej.

 

W tym samym sezonie zacząłem dość często wspierać Kamila Stocha. W paru konkursach było wyraźnie widać tego efekty. Tak było np. 11 lutego w Pragelato, gdzie Stoch zajął siódme miejsce i wyprzedził Małysza, który był wtedy dziewiąty. W następnym sezonie ktoś z Londynu zażyczył sobie, żebym mu to zademonstrował i już nazajutrz Kamil zajął drugie miejsce w kwalifikacjach do jednego z konkursów Turnieju Czterech Skoczni. W samym konkursie niestety już tak dobrze nie wypadł.

 

Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że Adam Małysz reaguje o wiele wyraźniej na mój doping niż jego młodszy kolega z drużyny. Kamil niestety często się spinał psychicznie w ważnych momentach i nawet ja nie potrafiłem temu zaradzić. Nie muszę chyba dodawać, że w przypadku pozostałych polskich skoczków zwykle bywało jeszcze gorzej. Mimo to parę razy udało mi się osiągnąć dobre efekty w konkursach drużynowych. W 2007 roku na mistrzostwach świata w Sapporo Polacy byli przecież o krok od medalu. Nadzwyczaj przyzwoicie wypadli też na olimpiadzie w Turynie zajmując piąte miejsce.

 

W sezonie 2005-06 z zagranicznych zawodników chyba najczęściej wspierałem Czecha Jakuba Jandę, ale uczciwie przyznaję, że to nie ja dałem początek jego rewelacyjnej formie. Zwykle taką formę trudno jest utrzymać przez cały sezon, zatem spróbowałem mu w tym pomóc i wyszło całkiem dobrze.

 

W czasie Igrzysk Olimpijskich w Turynie znowu nie pomogłem Małyszowi. Na pewno miał on tam szansę na zdobycie medalu. Trochę wsparłem paru innych zawodników, ale nie przykładałem się do tego zbyt mocno, więc być może ten wpływ nie był aż tak duży. W konkursie drużynowym tradycyjnie pomogłem polskiej ekipie, nie licząc fińskiej. Efekt całkiem niezły – zabawa przednia. Trochę mi było szkoda Małysza, z moją pomocą z pewnością miałby medal, ale chodziło o słowo – przed igrzyskami zapowiedziałem, że nie będę go wspierał. Poza tym niemiłosiernie byłem wtedy prześladowany przez policję i inne służby, co po pierwsze nie mobilizowało mnie do wspierania Polaków, a po drugie nadwerężało moje siły witalne i zaburzało wewnętrzny spokój.

 

Początek sezonu 2006-07 zastał mnie w Holandii. Zaczynało mnie drażnić to, że prawie wszyscy Polacy, z którymi tam rozmawiałem na temat skoków, uważali, że Małysz się skończył i zamiast plasować się na miejscach pod koniec pierwszej dziesiątki powinien zakończyć karierę. Ja w przeciwieństwie do moich rodaków na obczyźnie byłem przekonany, że mistrz Adam w każdej chwili może wrócić do dawnej świetności. Mało tego – wiedziałem, że w bardzo dużym stopniu to właśnie ode mnie zależy. Niestety nie miałem wtedy czasu, by się tym zająć.

 

Jednak w czasie świątecznej przerwy w pracy znalazł się czas na przyłożenie się do odrodzenia naszego mistrza. Najbardziej intensywnie czyniłem to w czasie trwania Turnieju Czterech Skoczni. Efekt nie przyszedł od razu, zwłaszcza występ Małysza w ostatnim konkursie mnie rozczarował. Miał szansę, by wskoczyć na podium, ale nie zdołał tego dokonać. Jednak, jak się miało wkrótce okazać, moja praca nie całkiem poszła na marne, już 27 stycznia w Oberstdorfie Polak był najlepszy. Następnego dnia też by wygrał, ale żeby sprawdzić na ile jest mocny, pomogłem Uhrmannowi i Adam minimalnie z nim przegrał. Jednak jego postawa zaimponowała mi na tyle, że postanowiłem znowu go wspierać. Zatem już z moją pomocą w pięknym stylu wygrał dwa następne konkursy w Titisee-Neustadt. No i wtedy w telewizji i w prasie znowu odrodziła się MAŁYSZOMANIA. Nie bardzo mi się to podobało. Znowu żądano od Adama niemalże deklaracji zwycięstw, choćby tylko po to, by się piął w statystykach. Ostudziło to na tyle mój entuzjazm, że nie byłem już tak chętny, by nadal go wspierać.

 

Do Japonii na mistrzostwa świata Adam Małysz jechał w roli głównego faworyta. Potwierdziły to jeszcze bardziej jego rewelacyjne skoki treningowe na skoczni w Sapporo. W większości przypadków polscy znawcy skoków narciarskich byli wręcz pewni tego, że Polak z łatwością wygra. Skłoniło mnie to do tego, by trochę popsocić. Jeszcze większy wpływ na moją postawę miało to, że prześladowanie mnie ze strony policji przy pomocy elektronicznego nękania tak przybrało na sile, że moje codzienne życie stało się prawdziwym koszmarem. Oczywiście w wyniku tego o wiele trudniej było mi wspierać kogokolwiek. Gdyby nie to, zapewne chętniej dodawałbym „błysku” skokom Polaków. Ale skoro polski aparat przemocy mnie tak gnębił, to trudno mi było oddawać resztki uzdrawiającej energii właśnie reprezentantom tego państwa.

 

Gdyby nie te moje psoty, to w pierwszym mistrzowskim konkursie na dużej skoczni Adam Małysz z pewnością znalazłby się na podium. Podobnie jak dwa lata wcześniej wpierałem prawie wszystkich czołowych zawodników oprócz niego. Amman, Olli i Ljoekelsoey skorzystali najbardziej. Czwarte miejsce Małysza było wielkim rozczarowaniem. Kilka dni później na skoczni normalnej również nieco wspierałem rywali Polaka. Tym razem jednak tylko w pierwszej serii. Potem uznałem, że szkoda mojego zachodu. Było widać gołym okiem, że Adam jest o niebo lepszy od pozostałych. Zatem w drugiej serii nie wysilałem się już, lecz tak jak inni zachwycałem się drugim z nokautujących skoków Polaka. Był tego dnia naprawdę w fenomenalnej dyspozycji i pięknie się cieszył. Ujął mnie tym tak bardzo, że postanowiłem, że pomogę mu zdobyć po raz czwarty Kryształową Kulę Pucharu Świata.

 

Kilka dni wcześniej dobrze się bawiłem wspierając Polaków w konkursie drużynowym. Polacy byli tuż tuż od brązowego medalu. Robertowi Matei również starałem się pomóc, ale on jakby był zamknięty na działanie dobroczynnej energii. Piąte miejsce zamiast trzeciego nie cieszyło tak bardzo.

 

Ponieważ znowu znalazło się trochę osób, które w mniejszym lub większym stopniu sobie przypisywało wspaniały come-back Małysza, więc w następnym sezonie dla sprawdzenia czy i beze mnie sobie poradzą, wycofałem się z gry. Tym razem nawet bardziej niż zwykle, bo prawie zupełnie przestałem się skokami zajmować. Znaczy to, że właściwie nikogo już nie wspierałem. Parę razy trochę tam komuś pomogłem, ale nie miało to zbyt dużego znaczenia. No i znowu zwolniono trenera, a tak go wychwalano jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Adam Małysz uplasował się na dwunastym miejscu w generalnej klasyfikacji Pucharu Świata i znów większość Polaków stwierdziła, że już nic wielkiego nie osiągnie i powinien zakończyć karierę.

 

Ja wcale tak nie myślę. Wiem, jak niewiele mu trzeba, by zacząć na nowo wygrywać. Mało tego, jestem przekonany, że olimpijskie złoto w Vancouver może mu się ziścić. W styczniu 2003 roku też nie wyglądało to najlepiej. Mało kto wierzył, że Adam zdoła obronić tytuł mistrza świata z Lahti. Jak pamiętamy, nie tylko obronił, ale dodał do tego jeszcze drugie złoto. Oczywiście i wtedy dołożyłem starań, by mu się skakało jak najlepiej. Dlaczego coś takiego miałoby się nie powtórzyć?

 

 

Andre Landberg

andrelandberg@wp.pl

25 grudnia 2008 r.