Polski" "English
www.andrelandberg.com

Artykuł 2

 

 

 

„Zamykamy polskie rzeźnie”     czerwiec 2001 r.
 
Już w lutym tego roku Krystyna Naszowska w swoim artykule zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej” sugerowała, że należałoby zamknąć większość polskich rzeźni w trosce o polskich konsumentów wyrobów mięsnych.
 
Nieco wcześniej rządowy zespół do zwalczania BSE w Polsce rozesłał do 18 zakładów mięsnych mających uprawnienia eksportowe na rynki Unii Europejskiej i amerykańskie instrukcję na temat gospodarowania odpadkami bydlęcymi. Te tzw. odpadki wysokiego ryzyka, czyli przede wszystkim mózg, kręgosłup i jelita miały być znakowane i przesyłane do wyznaczonych zakładów utylizacyjnych. Po przerobieniu na mączkę odpady miały zostać spalone w którejś z cementowni.
 
Nakaz segregacji i utylizacji niebezpiecznych części ciał ubijanych zwierząt nie objął pozostałych 1200 rzeźni. Setki polskich ubojni nie spełniają wymogów Unii Europejskiej i w przypadku wejścia Polski do UE najprawdopodobniej zostałyby zamknięte.
 
Polski rząd ma więcej zaufania do jakości wyrobów rodzimego przemysłu mięsnego. Minister rolnictwa Artur Balazs na dowód tego zaufania je wołowinę przed kamerami mówiąc, że nie tylko się nie boi, ale wręcz bardzo lubi to mięso.
 
Komitet Nadzorujący UE zakwalifikował nasz kraj do grupy krajów, w których ryzyko wystąpienia choroby szalonych krów jest bardzo duże. Polska znalazła się więc w gronie kilku krajów, gdzie odnotowano już nawet kilkadziesiąt przypadków BSE np. Niemcy, Szwajcaria, Holandia. Jednocześnie Unia nałożyła na Polskę obowiązek utylizacji wspomnianych wcześniej tzw. odpadów wysokiego ryzyka oraz sugerowała wprowadzenie przez nasz kraj masowej akcji badania bydła.
 
W ubiegłym roku testy na BSE przeprowadzono na 18 tysiącach krów i byków. W żadnym z przebadanych zwierząt nie wykryto choroby BSE. Eksperci z Brukseli uważają, że Polska powinna testować dziesięciokrotnie większą liczbę zwierząt. Wtedy być może zostanie zakwalifikowana do grupy krajów niższego ryzyka wystąpienia BSE.
 
Wykonanie jednego testu kosztuje 210-350 zł. W skali roku badania te mogłyby kosztować nawet ponad 100 milionów złotych. Jacek Szymanderski, rzecznik prasowy Ministerstwa Rolnictwa uważa, że masowe testy mogą wzbudzić obawy konsumentów i spowodować spadek popytu na wołowinę. Hodowcy w wielu regionach Polski już nie mogą sprzedać swoich zwierząt, gdyż ceny, które są im oferowane są niższe niż przed laty. Żeby ratować sytuację hodowców, rząd ustala ceny interwencyjnego skupu żywca wołowego (około 3 zł za kg).
 
W połowie marca Agencja Rozwoju Rolnego przeznaczyła miliard złotych na wykup masła, mięsa wołowego, rzepaku, mleka w proszku i serów twardych. Obecnie wiele zakładów płaci po 2,50 zł za kilogram żywca wołowego. Ratując hodowców bydła Agencja zamierza wykupić 20 tysięcy ton wołowiny, płacąc – w przeliczeniu na żywiec – po 3,08 zł za kilogram.
 
Przedstawiciele przemysłu mięsnego uważają, że zamiast interwencyjnego skupu wołowiny rząd powinien dopłacać do eksportu mięsa na Wschód. Ich zdaniem tylko w ten sposób można uratować hodowców i zakłady mięsne przed ruiną. Przemysław Chabowski, prezes Polskiego Związku Producentów, Eksporterów i Importerów Mięsa w marcu b.r. starał się przekonać ministra rolnictwa, by rząd dopłacał po 50 gr. do każdego kilograma wołowiny sprzedawanej na Wschód. Zamiast tego rząd zdecydował się na skup interwencyjny.
 
Obowiązujący od 1 kwietnia b.r. nakaz spalania tzw. odpadów szczególnego ryzyka może w krótkim czasie doprowadzić do upadku wielu zakładów mięsnych i nie tylko. Wynika to z faktu, że koszty stosowania się do tych wymogów są dla wielu przedsiębiorstw tak duże, że muszą doprowadzić do wzrostu cen ich produktów. Obroty przemysłu mięsnego już spadły o 20%, linie technologiczne nie są wykorzystane, spada rentowność firm, a coraz większej liczbie osób grożą zwolnienia.
 
Z drugiej strony zakładom nieprzestrzegającym obowiązujących wymogów grożą sankcje karne i ograniczenia, a nawet zakazy eksportu. Zdaniem Przemysława Chabowskiego krajowy rynek jest mało chłonny i nie zanosi się na to, by w najbliższych miesiącach konsumenci zaczęli jeść więcej wołowiny. Wszystko wskazuje na to, że producenci mięsa przegrywają w walce o klienta z producentami bezmięsnej żywności.
 
 
Jak w Polsce wygląda pozbywanie się „niebezpiecznych odpadów”
 
Przypominam, że nie chodzi o odpady radioaktywne, ale o takie części ciał zwierząt jak: gałki oczne, niektóre jelita, mózg, kręgosłup, śledziona, grasica.
 
Pierwszego czerwca b.r. na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” znalazł się artykuł Krystyny Naszkowskiej pt. „Wpadlina”. Autorka przedstawia fakty, które z jednej strony przerażają, z drugiej napawają optymizmem tych, którzy chcieliby żyć w wegetariańskim świecie. Wygląda na to, że nasi oponenci sami się wykańczają nawzajem. W tym wypadku mięsne lobby Unii Europejskiej wykańcza polskich producentów mięsa.
 
W czerwcu przyjeżdżają do Polski przedstawiciele Komisji Europejskiej celem skontrolowania zakładów mięsnych, które mogą eksportować na rynki unijne. Czy to, co zobaczą, wyjdzie polskim zakładom na dobre? – Wiele wskazuje na to, że nie.
 
Okazuje się, że do sześciu zakładów utylizacyjnych w ciągu ostatnich dwóch miesięcy trafiła tylko połowa tzw. odpadów wysokiego ryzyka, które miały być tam dostarczone. Co się stało z trzema tysiącami ton mózgów, kręgosłupów, jelit ... ?
 
Informatorzy „Gazety Wyborczej” twierdzą, że trafiły one do paszy dla zwierząt razem z innymi częściami zwierząt uznanymi za bezpieczne. Dlaczego?
– Oczywiście po to, żeby nie wydawać pieniędzy na ich utylizację. Zakłady utylizacyjne żądają od ubojni pieniędzy za przerób na mączkę tzw. odpadów wysokiego ryzyka. Niektóre ubojnie rezygnują więc z utylizacji, bo ich na to nie stać.
 
Spalaniem mączki miały się zajmować cementownie, ale ich linie technologiczne na to nie pozwalają – palniki się zapychają, bo mączka z mięsa jest za tłusta. Zakłady utylizacyjne nie wiedzą, co z tą mączką mają robić. Niektóre chcą nią zapełniać stare wojskowe bunkry.
 
Do niebezpiecznych odpadów zalicza się też padłe zwierzęta. Oficjalnie w Polsce padlina stanowi tylko 1% bydła (w Unii 10-15%). Wiadomo, że skoro rolnik nie otrzymuje pieniędzy za padlinę, często pozbywa się jej porzucając w lesie, w stawie, na wysypisku. Część chorych zwierząt jest dobijana i trafia na bazary.
 
Krajowa Rada Lekarsko-Weterynaryjna informuje, że „stan zagrożenia epidemiologicznego w naszym kraju budzi najwyższe zaniepokojenie lekarzy weterynarii”. Rada przekazała w tej sprawie w kwietniu b.r. krytykę tej sytuacji do prezydenta RP, premiera, marszałka Sejmu i komisji sejmowych, ale nie otrzymała odpowiedzi. Rada traktuje publiczne wystąpienia ministra rolnictwa i głównego lekarza weterynarii zapewniające o braku zagrożenia w Polsce chorobą BSE za działania polityczne nie oparte na wiarygodnych merytorycznie przesłankach.
 
 
Kto następny?
 
Nie mogę powiedzieć o sobie, że śledzę wszystkie doniesienia dotyczące sytuacji polskiego rolnictwa. Mimo to w ciągu dwóch miesięcy od wejścia w życie rozporządzenia głównego lekarza weterynarii o spalaniu odpadów wołowych (1.04.2001) usłyszałem o kilku przypadkach upadłości zakładów mięsnych, jakie miały w tym czasie miejsce. Żeby nie być posądzonym o swobodną interpretację faktów, chciałbym przytoczyć w niezmienionej formie sposób informowania polskiego społeczeństwa o tych zdarzeniach. Jest to zapis pochodzący z programów informacyjnych Pierwszego Programu Telewizji Polskiej.
 
1) „Agrobiznes” 9.04.2001 r. godz. 12:10
 
Zablokowane konta bankowe, załoga na urlopie przestojowym, brak jakichkolwiek szans na wznowienie produkcji – tak obecnie wygląda sytuacja w Zakładach Mięsnych LUBMEAT w Lublinie. Prawdopodobnie w maju na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy zapadnie decyzja o zgłoszeniu wniosku o ogłoszenie upadłości zakładów.
 
Według Jerzego Leziaka, który od kilku tygodni jest prezesem i zarazem jednoosobowym zarządem LUBMEAT-u taki wniosek to jedyne wyjście z zaklętego kręgu niemocy, w jakim znalazły się zakłady i ich wierzyciele. Od lutego nie ma w nich produkcji. Wstrzymana została spłata długów. Nie ma też pieniędzy na pensje dla 170-osobowej załogi.
 
A pracownicy nie mogą zrozumieć, jak w ciągu kilku lat z zakładu, którego wyroby były znane i cenione nie tylko na Lubelszczyźnie pozostała ruina. Teren straszy pustką. Wiatr hula po pustych kojcach.
 
Problemy zaczęły się w 1993 roku, gdy wprowadzono zarząd komisaryczny. Dwa lata później powstał LUBMEAT, który jako jednoosobowa spółka weszła do dziewiątego NFI. W 1998 roku 60% jej udziałów nabył jeden z lubelskich biznesmenów. Miała być reorganizacja i wyjście na prostą. Skończyło się na fundamentach nowych inwestycji, na braku pieniędzy na zakup surowca. Po dwóch latach LUBMEAT przestał istnieć.
 
W tej sytuacji według prezesa wniosek o ogłoszenie upadłości jest jedyną szansą, by myśleć o odbudowie zakładów i zainteresowaniu poważnych inwestorów.
 
 
2) „Wiadomości” 9.04.2001 r. godz. 19:30
 
(...) Bo pryszczyca, choć nie bezpośrednio, zbiera już żniwo także w Polsce. W Białogardzie w Zachodniopomorskiem zamknięto przetwórnię jelit, jedną z największych w Europie. Pięćset osób straciło pracę.
 
Pracownica 1: „Człowiek ma dzieci, rodzinę. I co teraz?”
Pracownica 2: „Pójdziemy, zablokujemy drogi. Każdy chce pracować, każdy chce jeść.”
 
Wszystko przez to, że z powodu pryszczycy nie można importować surowców do produkcji.
 
 
3) „Agrobiznes” 10.04.2001 r. godz. 12:10
 
Kryzys przeżywają też Elbląskie Zakłady Mięsne. Jeśli nie wybudują nowego, nowoczesnego obiektu, firma zostanie zamknięta. Dlatego zarząd postanowił sprzedać teren, na którym znajduje się zakład, i wybudować nowy na obrzeżach miasta.
 
Stanisław Ziętek, Zakłady Mięsne ELMEAT: „Jeżeli chodzi o infrastrukturę fabryczną – jest ona przeszło sto lat temu i generalnie nie nadaje się do żadnej modernizacji.”
 
Przetarg wygrała francuska firma handlowa, która planuje wybudować centrum handlowe na zakupionej ziemi. Francuzi wpłacili zaliczkę, ale pojawiły się komplikacje. W dotychczasowym planie zagospodarowania terenu zapisana jest modernizacja zakładów, a nie budowa centrum handlowego. W lutym został złożony przez inwestora wniosek w wydziale architektury o zmianę planu zagospodarowania.
 
Stanisław Ziętek: „Ustawa wprowadza obowiązek opracowania probnoz dotyczących wpływu inwestycji, ale jeżeli chodzi o wymogi tego raportu, ustawa tego nie precyzuje, jak też nie ma przepisów wykonawczych do tej ustawy.”
 
Do tej pory wystarczyło opracować tylko tak zwany operat środowiskowy, czyli wpływ nowej inwestycji na środowisko. Obecnie trzeba przedstawić kompleksowy raport, a to wymaga czasu. Niestety ELMEAT go nie ma.
 
 
4) „Wiadomości” 30.05.2001 r. godz. 8:30
 
Do rzeszowskiego sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko siedmiu członkom zarządu spółek RESMIĘS, TECHMIĘS i Podkarpackie Zakłady Mięsne. Prokuratura postawiła im kilkadziesiąt zarzutów. Między innymi celowe działanie na szkodę dostawców, którym spółki są winne prawie trzy miliony złotych.
 
Zarzuty postawiono osobom, które albo zarządzały spółkami, albo były ich udziałowcami. Najwięcej, bo kilkanaście, Jackowi J., byłemu prezesowi RESMIĘS-u i Jerzemu R., który zgodnie z ustaleniami prokuratury podejmował wszystkie decyzje finansowe. Zarzuca się im przede wszystkim niegospodarność i celowe działanie na szkodę dostawców. Prokuratura ustaliła, że RESMIĘS i TECHMIĘS i Podkarpackie Zakłady Mięsne były ze sobą powiązane osobowo i kapitałowo. Kolejne spółki tworzono po to, by wyprowadzić do nich obciążony wierzytelnościami majątek.
 
Te opuszczone, niszczejące budynki to wszystko, co pozostało po nieistniejącym już RESMIĘS-ie i wszystkich spółkach, które później powstały na jego bazie. Wszystko oprócz ogromnych długów. Tylko należności wobec dostawców sięgają prawie trzech milionów złotych. Większość rolników do dziś nie odzyskała tych pieniędzy, mimo prawomocnych wyroków sądowych.
 
Sprawa trafi na wokandę prawdopodobnie na początku września. Tylko za oszustwo i celowe działanie na szkodę wierzycieli oskarżonym grozi kara do dwunastu lat pozbawienia wolności.
 
 
5) „Agrobiznes” 30.05.2001 r. godz. 12:10
 
Jadwiga Jajuga, prokurator: „ (...) Niewątpliwie, jeżeli chodzi o zapłatę należności, to przy dobrej woli takie pieniądze byłyby przeznaczane na cel związany z zapłatą za dostarczony żywiec. Jednakże pieniędzy tych zarządy, a głównie osoba podejmująca kluczowe decyzje w zakresie spraw majątkowych, nie płacili, a przekazywali na inne cele.”
 
Prokuratura ustaliła też, że wszystkie spółki były ze sobą powiązane osobowo i kapitałowo, a to oznacza, że ich tworzenie było kolejnym oszustwem i sposobem na wprowadzanie majątku tak, aby nie mógł go zająć komornik.
 
Z zakończenia śledztwa najbardziej cieszą się rolnicy, byli dostawcy spółek.
 
Zbigniew Słotwiński, Podkarpacka Izba Rolnicza: „Jest bardzo ważne, że w końcu dosięgła ręka sprawiedliwości, że rolnicy mogą liczyć na wyrok sprawiedliwy, że w końcu będą mieć szanse uzyskania swoich środków za należyte zdane im produkty rolne.”
 
Sprawa RESMIĘS-u to jedna z największych afer gospodarczych na Podkarpaciu. Podczas śledztwa przesłuchano ponad czterysta osób, głównie byłych pracowników i dostawców. Sprawa trafi na wokandę prawdopodobnie na początku września.
 
 
6) „Agrobiznes” 30.05.2001 r. godz. 12:10
 
Coraz trudniejsza staje się sytuacja drobiarzy na Dolnym Śląsku. Przed dwoma laty zamknięto Zakłady Drobiarskie w Prochowicach. Teraz zamykany jest kolejny główny odbiorca kurczaków – Wrocławskie Zakłady Drobiarskie. Rolnicy apelują do hodowców, aby zjednoczyli się w walce o drobiarstwo na terenie całego kraju.
 
Kiedyś Dolny Śląsk był zagłębiem drobiarskim. Dziś pozostało jeszcze wiele ferm, ale nie mają one komu sprzedawać kurczaków. Hodowcy zmuszeni są dowozić ptaki na ubój ponad sto kilometrów do Opola albo pod Poznań. Rosną więc koszty, a podczas transportu kurczęta tracą pięć dekagramów wagi na kilogramie.
 
Ale to nie wszystko: rolnicy uważają, że przyczyną ich kłopotów jest amerykańska firma, która przejęła przed dwoma laty zakłady w Prochowicach i wkrótce zamknęła zakład.
 
Andrzej Danielak, wiceprezes Polskiego Związku Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu:
„Zagroziła, że jeżeli nie zrzeknę się praw do odsetek za nieterminowe płatności, to zlikwidują zakład doprowadzając do upadłości, do postępowania upadłościowego i być może hodowcy nie dostaną w ogóle żadnej zapłaty za swój dostarczony towar i należnych im odsetek.”
 
A polegało to między innymi na tym, że firma ta nakładała kary umowne na hodowców, którzy zniechęceni czekaniem na pieniądze wstrzymali dostawy.
 
Mirosław Drobina, hodowca drobiu: „W pewnym momencie zakłady nie płaciły nam w ogóle za zdany żywiec. Wymagały z jednej strony, żeby tylko zdawać drób, zdawać drób, a płatności przeciągały się w terminie krańcowym nawet do 135 dni.”
 
Rolnicy zarzucają firmie, która przejęła potem Polskie Zakłady Drobiarskie, że stosuje niekorzystny system oceny tuszek poubojowych i zaniża ceny, doprowadzając hodowców do ruiny, aby potem wejść na rynek ze swoim towarem. Zrzeszenie hodowców weszło więc do konsorcjum, które zawiązało się, by nabyć Wrocławskie Zakłady Drobiarskie od syndyka. Sąd Gospodarczy ogłosił upadłość Wrocławskich Zakładów Drobiarskich.
 
 
 
KAMPANIA
 
 
Jestem przekonany, że jeszcze w tym roku usłyszymy o wielu upadłych zakładach mięsnych, fermach drobiu, ubojniach, hurtowniach mięsa i sklepach detalicznych.
 
Niniejszym inicjujemy kampanię
 
ZAMYKAMY POLSKIE RZEŹNIE
 
Kto chce się do niej włączyć, niech ma oczy i uszy szeroko otwarte, niech odnotowuje fakty upadania firm bogacących się za cenę życia zwierząt.
 
Dzielcie się tymi informacjami z organizacjami broniącymi praw zwierząt, ekologiczno - pokojowymi i alterglobalistami. Informujcie o tym stacje radiowe i telewizyjne, prasę, a nawet ludzi, z którymi mieszkacie, pracujecie, uczycie się.
 
Będziecie zdumieni widząc, jak wielkie zmiany zachodzą na naszych oczach. Bądźmy wszyscy współtwórcami wegetariańskiego świata, świata bez barbarzyńskiego wyzysku zwierząt i chciwości doprowadzającej ludzkość do samozagłady.
 
Niech ta kampania bez przemocy przeciwko przemocy przyniesie obfity plon.
 
 
Andre Landberg